Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/250

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    wszystkich rzeczy świata, do tego chłopa, do siebie, owionęła go od stóp do głowy, jak fetor nie do zniesienia. Wspomnienie ciosu szpicrutą werznęło się weń nagle z całą potęgą towarzyszących mu myśli, i niewysłowiona rozpacz wwaliła się do serca. To, co miał przed oczyma, to, co włamywało się w uszy, pomnażało tylko od chwili do chwili bezdenne i głuche obszary nędznej boleści, ów dawny chichot, wyłamujący się z płonących bebechów wściekłości, zatrząsł nim całym. Koń szarpnięty z całej siły cofnął się i aż przysiadł na zadzie. Rafał nawrócił go, wydobył się z tłumu i jechał z powrotem tą samą drogą, ku Grudnu. Słyszał, mijając wieś, że ktoś za nim biegnie, jęczy i skamle o pomoc dla Michcika, ujrzał nawet szarą twarz Żyda Uryasza, ale słabo rozumiał, co bełkocze, szlochając, ten mizerny twór. W oku, w kącie ust, w policzku, w czole wzmagał się narywający ból od cięcia szpicrutą. Głowę miał pełną dymu, w kościach pałające żarzewie, a przed całą duszą jakby dół wykopany.
    Słońce zachodziło za lasy. Koń szedł noga za nogą. Rafał go nie popędzał. Był spragniony nocnej ciemności, jak człowiek spalony od gorączki pragnie wody. W bezludnych polach, między opustoszałymi ścierniami siedział na koniu z obwisłemi rękoma, patrząc w tarczę ognistą. Czuł, jak tego dnia uderzyło nań słońce całym swoim pożarem. Udawał się jeszcze sercem to tam, to sam...
    Brat Piotr... Michcik... Role przez nich wykarczowane... Dźwigał rękę ciężką, jak kamień. Czuł, że nic sobie pomódz nie może... Z obszarów zasłanych jałowcem, ze ściernisk pachnących macierzanką i cierpkiemi