Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/208

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Zajęcia tego rodzaju zabrały mu cały czas aż do zmierzchu.
    Ściemniało się, kiedy z kościoła w Grudnie, odległego o wiorst kilka, przywieziono, widać na polecenie księcia Gintułta, świece kościelne i babę trupiarkę. Wnet zapalono świece, osadzone w wysokich czarnych lichtarzach, i ustawiono je dwoma rzędami obok ostatniego posłania mieszkańca tego domu.
    Wóz odjechał z powrotem. Słychać było klekot jego kół, oddalający się w głębie mroku... Michcik urządził Rafałowi łoże w śpichlerzyku, zupełnie pustym w tej przednówkowej porze. Rozłożył tam wiązkę siana, świeżo zwiezionego z łąki, zasłał je pościelą. Ale Rafał nie myślał o spoczynku. Siedli obydwaj z żołnierzem we drzwiach śpichrza, jeden na wysokim progu, drugi na klocku drzewa, który za stopień służył i, nie mówiąc do siebie, patrzali w noc. Jarzące światło biło z okien dworku. Umilkło wszystko, nawet psy nie szczekały w wioskach sąsiednich.
    Zrazu, po zachodzie słońca, panowała ciemność zupełna. Nad wzgórzami, które za dnia widać było w głębi horyzontu, wisiały teraz ciemne osłony nieruchomych chmur. Tylko woda słabo lśniła od poświaty gwiazd, błyszczących w zenicie. Około północy nad owemi spiętrzonemi chmurami ukazał się brzask wschodzącego księżyca. Zarysowały się brzegi ciemnych obłoków i wyniknęły niezliczone ich pokłady, a między jedną a drugą bryłą jakoby poprzeczne doliny w niezmiernych górach. Dalekie przestrzenie, otchłanie i wysokości ukazały się oczom w tej odległej jakoby ziemi. Złoto-biała obwódka, zrazu niejasna