Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/129

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    tliwie piękną grzywę. Z ust mu się wymykały dźwięki pochwalne. Jakże wielbił swą Baśkę! Stała się oto dla niego wszystkiem: nietylko powiernicą szczęścia, lecz i dobroczynną potęgą, która niesie w jego strony...
    Był teraz na granicy rozdołu Koprzywianki, w pobliżu wielkich lasów Góreckich. Gdy tam stał chwilę, pierwszy raz ogarnęło go niemiłe uczucie. Do domu było już daleko, a i do celu podróży nie blisko. Cmoknął na klaczkę. Omijał dwory i wsie, albo je przebiegał cwałem, skracał sobie drogę, ile się dało, wreszcie zbliżył się do Dersławic. Szum drzew i szczekanie psów zwiastowały, że już blisko, ale głównie zwiastowało światełko, błyszczące między drzewami, wdole. Rafał jechał polem noga za nogą aż do miejsca zdawna przewidzianego.
    Oczy, przywykłe do ciemności, wyróżniły czarną masę budynku. Wtedy zeskoczył na ziemię i sprowadził klaczkę z wyniosłości na drogę, niżej położoną. Basia szła chętnie, z cicha chrapiąc i ostrożnie badając powietrze nozdrzami. Stanęli obok murowanej budowli. Była to kuźnia, stojąca zdala od folwarku, w alei.
    Teraz, w nocy, była zupełnie pusta. Przede drzwiami jej istniał pewien rodzaj portyku na dwu otrąconych u dołu filarach z cegły, gdzie w czasie deszczu stawiano konie do kucia. Był tam nawet w kącie wygryziony mały żłobek i drabinka. Rafał umieścił przy nim Baśkę, wytarł ją silnie zwitkiem siana, a całą wiązkę rzucił w żłób, do którego uzdę przywiązał na głucho.
    Basia zaczęła skwapliwie żuć siano...
    Miał już iść od niej... Otrząsnął się, przeciągnął... Chwilę dumał i nasłuchiwał. Wreszcie odszedł. Dużymi krokami przebył wpoprzek szerokie pasmo gościńca,