Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

prorektor. — Tak ci się podobało... Czekajże, bratku, powiesz ty mi zaraz odmiennym tonem.
— Nie powiem wam nic, choćbyście mię porznęli na kawałki!
— Powiesz!... — wybełkotał zwierzchnik.
— Ani jednego wyrazu!
Prorektor w pasyi ledwie zdołał namacać dłonią klamkę. Otwarł drzwi i piskliwym głosem rzucił w korytarz wezwanie:
— Filip!
W momencie, kiedy to czynił, Rafał prześliznął się jak wąż za jego plecami i szerokimi kroki odszedł w przeciwległy koniec długiego korytarza. Tam zatrzymał się w głębokiej okiennej framudze. Za nim szedł już bez pośpiechu Filip, a o kilka kroków dalej, waląc obcasami juchtowych butów, kołysał się na ogromnych biodrach kalafaktor, Michałek. Z każdej sali poglądały na scenę roziskrzone oczy uczniów, ale nauczyciele rozbiegli się po klasach, zamykali drzwi i tylko sam prorektor, oraz pedele zostali w korytarzu. Gdy Filip był zaledwie o kilka kroków oddalony, Rafał wydobył z kieszeni długi, składany nóż w kościanej oprawie, cenny dar wujaszka Nardzewskiego. Otworzył go sekretnym gestem i skulony czekał cierpliwie.
— Możeby lepiej po dobroci... — rzekł cicho Filip, uśmiechając się łagodnie. — Wyadministruję miętką trzydziestkę i fertig. Słowo honoru: miętkie drejsig — i sza.
— No, chodź, aniołku, Filipku. Chodź...
Pedel spostrzegł, widać, nóż, ukryty w rękawie, bo trupia, zielona bladość twarz mu okryła. Straszna wściekłość zionęła z oczu.