Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Ja się dawniej bałem. Och, bardzo, strasznie! śnił mi się po nocach ze swoim czerwonym językiem. Po Bożem Narodzeniu przyszedł raz do nas, do Tarnin Byłem wtedy chory, a w dodatku mały smarkacz. Drzwi się otwarły, i wsunął się łeb... Wie pani, taki okropny bez oczu...
— Och, wiem! Nagły łeb, jakby się wyśnił, albo, jak czasem z ciemnego pokoju... wiesz waćpan, coś takiego wyłazi...
— Czasem jeszcze i teraz, choć to śmieszne, zdaje mi się, że stoi za oknem na deszczu, na wichrze, i słychać kłapanie. A oczu strach podnieść... Spojrzeć? — Za nic! Prawda?
— Za nic! A to tylko wiatr wyje w ciemną noc, w jesień... To poprostu topole jęczą i skrzypią, a stare lipy huczą. Przejdzie chwila i wszystko nacichnie!
Gromada chłopów, zwołana przez umyślnych na miejsce, jęła się pracy. Usiłowano przeprowadzić konie i sanki w innem dostępnem miejscu, ale znowu lód nie wytrzymał. Radzono tedy, co czynić. Jedni utrzymywali, że wypadnie objechać aż na Koprzywnicę; inni byli zdania, żeby się cofnąć w górę rzeki, gdzie jakoby przed laty był jakiś lekki mostek.
— Chłopcy! — zawołał nagle ktoś z tłumu szlachty: — a nam co po moście? Który się podejmie przenieść sanki razem z paniami na drugi brzeg rzeki, dostanie natychmiast czerwony złoty jeden, pojedyńczy!
— Zimna woda, jaśnie panie! — rzekł pierwszy chłopowina z kraja.
— A ja idę! — krzyknął drugi, ściągając z ramion zwierzchni kożuch.