Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— O, nie zasłużyłeś waćpan, żebyśmy cię na naszych saniach wiozły! Nie prawdaż, Heleno?
Młodziutka towarzyszka śmiała się /cicha i co chwila wykręcała się na swem miejscu.
— Już się napewno poprawię! — szepnął.
— Więc akomoduj się waść, bo źle będzie... Wrzawa na saniach, jadących przodem, wzmagała się coraz bardziej. Bliżej, rozgłośniej słychać było jedną i drugą kapelę. Pochodnie uwijały się gdzieś w dole.
— Cóż to za zgiełk? Dlaczego? — pytała piękna pani.
Rafał podniósł głowę i spostrzegł, że cały łańcuch sanek zjeżdża w dolinę rzeki Koprzywianki. Z urwistych brzegów, omijając zadęte wąwozy, sanie pędem zlatywały na dół wśród krzyku kobiet i nawoływań męskich.
Klaczka Rafałowa niechętnie szła za saniami. Musiał ją ciągnąć za uzdę, a wsiąść na siodło już nie mógł. Ani sposobu! Przyrósł do miejsca w tyle sanek. Owiewał go czarodziejski zapach i jasny blask tych dwu zjawisk, które miał przed oczyma. Teraz już widział uśmiechy obudwu twarzyczek, zwróconych ku niemu...
— Gdzież jest dom rodziców waćpana? — pytała pani.
— Z tamtej strony, za rzeką.
— Czy go już widać?
— Ledwo, ledwo! Światła się daleko w nim błyszczą.
— Gdzie to?
Rafał nachylił się nisko i wskazywał ręką. Sobolowe futro musnęło go po twarzy