Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/055

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przężone, włochate i dymiące na mrozie, niepokoiły się wśród tłumu chłopów w rudych sukmanach, bab w wełniakach i dzieci. Kiedy woźnica był gotów, Rafał uściskał wuja i zasiadł się dobrze w Słomianem siedzeniu.
Tak mu było żal jechać, tak niewymownie... Paliła go nienasycona ciekawość, jak w lesie, gdy się odezwał głos ogarów.
Co też to będzie? Co się tu stanie?
Widział rozognione twarze chłopów, błyszczące ich oczy, które nic nie dostrzegały poza figurą urzędnika. Hibl w krótkiem futerku, oparty o słup ganku, coś dobitnie rozpowiadał.
Nardzewski dał znak furmanowi i sanie, głośno sprzypiąc na mrozie, ruszyły z miejsca.
— Przyprowadzić Zalesiaka! — krzyknął wtedy Szlachcic, przerywając tym sposobem wykład komisarza.
Rafał nastawił ucha.
— Sołtys, bębnić!... — wołał Nardzewski.
Dał się słyszeć ponury, groźny głos bębna...
Konie Rafała, ściągnięte długim batem, pomknęły z kopyta torem, iskrzącym się od mrozu.