Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/035

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zabierali się do wydobywania z sanek zwierzyny. Na gumnie panował ruch: do spichlerza znoszono w workach omłot dzienny, zadawano bydłu słomę, koniom obrok i siano. Psy podwórzowe, jeszcze uwiązane na łańcuchach, wyły w niebogłosy, szczekały myśliwskie kundle, wyżły, jamniki. Jakiś olbrzymi kundys co chwila rzucał się do Rafała, żeby go z czułością liznąć po twarzy.
— Co takie światło po pokojach? — spytał Nardzewski.
— Jakisi przyjechał...
— Kto przyjechał?
— Miemiec, czy co. Trudno go ta wyrozumieć. Przyjechali aże z samych Kielc z drugim. Tamtego furmanka powiozła do Bożęcina, a ten ostał i siedzi,
Nardzewski czmychał nosem w sposób wcale niegościnny. Wreszcie nie mógł wytrzymać i popchnął pierwszego famulusa z brzegu, dodając:
— Dyabli cię z twoim Niemcem!
Wpośród wściekle szczekającej gromady, myśliwi weszli na ganek i do pokojów. Na ich powitanie wstał z za stołu mężczyzna młody jeszcze, wygolony, przystojny, ubrany z dajczerska w krótkie, czarne suknie z klapami, w grube pończochy i płytkie trzewiki. Kłaniał się zgrabnie, mierząc Nardzewskiego uważnem spojrzeniem. Po chwili rzekł, z trudem wymawiając słowa i śmiesznie je akcentując:
— Czy honor mam z dziedzicem, z jegomością panem Nardzewskim?
— Nardzewski jestem do usług... Kogóż, jeśli łaska, mam zaszczyt... w tych ubogich... te... progach?
— Moje miano jest Hibl. Z Kieleckiego krajzamtu...