Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/033

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


boku coś się rusza. Nie chciałem oczom wierzyć... Miałem lufę nabitą lotkami. Złożyłem się i palnąłem.
— Skrzydła też to miał, skrzydła! Jezus ci Marya... — wtrącił Kacper. — Jak my go rozciągnęli na ziemi, to psy, przecie nie byle jakie, poszły w pola ze skomleniem, i strąbić ich do domu nie było sposobu.
Rafałowi twarz tak naziębła, że nie mógł mówić. Z gościńca skręcono na boczną, karkołomną drogę, która szła tuż nad brzegiem górskiej rzeki. Wartka woda kłębami toczyła się w obmarzłych brzegach, bijąc w tafle lodu, który żywe jej ciało schwycić usiłował. Konie chrapały, i wyprężone ich nogi silnie biły kopytami w twardą drogę, żeby się na niej utrzymać.
— No i cóż, Rafciu, u was tam w Sandomierszczyźnie niema ani takich dróg nędznych, ani takich wertepów. Prawda? Droga jak po stole...
— Ale też zato lasu ani odrobiny.
— Co wam po lesie! Pszenicę zato macie, jak nasz bór. Jeszcze wam mało?
— Już jabym wolał tu mieszkać! Tu to dopiero życie.
— Tu wolałbyś mieszkać? Co gadasz? He, bracie, tu nie łatwo wysiedzieć. Tu tylko taki, jak ja, wytrzyma.
— Już jabym tam wytrzymał!
— Tak powiadasz?
— A tak.
— No, no, pamiętaj sobie, żebym ja cię za słowo nie chwycił i nie osadził w tej norze.
— Nic się nie boję.
— Ejże!... Ale wiesz?... to mię cieszy, że mat-