Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Signore pittore quanto tego ten cadro?
Spojrzał na mnie i mruknął, że jeszcze nie namalowane. Gadam mu, jak umiem, że mi jest wszystko jedno, pokazuję mu palcem na tego apostoła i krzyczę, że go chcę mieć i takiego, jak jest. Łypnął tylko okiem, jak wilk i maluje dalej. Kiedy ja znowu do niego, warknął:
Mille lire...
— O, mówię signore pittore, to trochę molto.
Wreszcie targ w targ wpakowałem bestyi sześćset franków i zabrałem obraz ledwo podmalowany. Tu, w domu wystrzygliśmy z córką tylko naszego apostoła, a resztę się wyrzuciło. Ale co to za fizys! Nieprawdaż?
— O tak, w istocie... Jest to coś, coś...
Korzecki nachylił się do Judyma i szepnął mu do ucha w taki sposób, że gospodarz słyszał wyrazy:
— Prawda z jakim smakiem urządzone mieszkanie?
Dyrektor uśmiechnął się pod wąsem i mówił:
— Ech, ze smakiem... Pochlebstwa... Jakkolwiek, aby, aby... Trudnoż mieszkać po naszemu, po sarmacku.
Ośmielony słowami Korzeckiego prowadził gości do następnego salonu, który nazwał »pracownią«.
— Ale mieliśmy zobaczyć Uhdego? — przypominał pochlebca.
— Właśnie... w pracowni.
Kiedy tam weszli, na spotkanie ich wstała z za szerokiego stołu młoda panna, lat może dziewiętnastu, w sukni różowej i tak lekkiej, że dozwalała nie tyle