Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dźwigać przyłbicę z żelaza. Nastroszone i w górę zadarte wąsy pasowałyby do niej także bardzo. Nos prosty, oczy duże, srogie pod krzaczastemi brwiami znamionowały krew szlachecką, silnie pulsującą w żyłach. Delikatność obejścia, miękkie ruchy zdawały się być utrudniającymi dla tej figury potężnej. Niemniej — płaty szerokie świetnego kortu, obejmujące kadłub jej i nogi, sprawiały efekt odzieży przypadkowej i tymczasowo narzuconej.
Korzecki, rozglądając się z szacunkiem po salonie, nachylił się w kierunku jego właściciela i szepnął:
— Widzę coś nowego...
— No, no?
— Jakaś niewielka sztuczka, ale aż oczy bolą.
— Ten zegar?...
— To to!
— Kupiłem go, — rzekł dyrektor z satysfakcyą ukrywaną dyskretnie, — w Monachium. Szczerze mówiąc, za bezcen.
Po chwili dodał:
— Za bezcen!
Wstał wkrótce i ułatwił gościom zbliżenie się do zegara empire, stojącego pod kloszem na gzemsie konsoli. W istocie było to coś bardzo ładnego w skromności swych linii i naiwności płaszczyzn.
— No a Uhde oprawiony? — żywo zapytał Korzecki.
— A jakże, a jakże! — i powiem koledze — bajecznie. Chcecie może zobaczyć?
— Ależ, jeśli łaska...
— Proszę, proszę tędy.