Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


GLIKAUF!

Zbudziwszy się następnego dnia rano, Judym nie zobaczył już gospodarza. Był sam w tem pustem mieszkaniu, którego nie ozdabiał ani jeden sprzęt milszy, wytworniejszy.
Zdawało mu się, że znowu jest w Paryżu, na Boulevard Voltaire i że otacza go cudze, przemierzłe powietrze. Na ścianie izby, gdzie nocował, wisiał niewielki portret olejny człowieka z chudą twarzą, w której uderzało odrazu podobieństwo do Korzeckiego.
To musi być jego ojciec, myślał Judym. Co za twarz nieprzyjemna! Gdyby kto chciał wymalować pychę w postaci człowieka, to mógłby za wzór śmiało wziąć to oblicze. Zdawało się, że te oczy ani na chwilę nie zwalniają widza, i że ciągle maluje się w nich wyraz: ty chamie, ty obdartusie!
Judym nie mógł usiedzieć w tem mieszkaniu. Wypił szklankę mleka, którą znalazł w sąsiednim pokoju i wyszedł. Wlókł się ze zwieszoną głową uliczkami osady fabrycznej i przypatrywał wszystkiemu, co spotykał, z badawczą uwagą, która chyba tylko w chwilach najgłębszego smutku opuszcza człowieka z ludu.
Murowane, po większej części piętrowe domy zbite