Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Zdają się czekać tam ze skurczonymi szponami w ciągu długich dni i nocy, ustawicznie z głębiny wypatrując ogarniętego rozpaczą. Stwory te są łudząco czarowne, jakieś takie, niepodobne do niczego na ziemi, głupie, bez sensu. Ni to krzewy, trawy, rośliny... Chwieją się uroczyście i dotykają wzajem ślizkiemi ciały o barwie zielonej, brunatnej, żółtej. To jakby sprawiały zagadkowe wiece, to jakby coś nuciły, kołysząc się w takt melodyi fal, płynących nad ich głowami.
Jakie są przedziwne, gdy ich postaci zaglądają w oczy topielca! Człowiek rozsądny, który je z wody wydrze i na brzegu zdychające rzuci, który je rozdzieli i zbada, widzi, że to tylko nędzne chwasty wodne. Ale ten inny, kto patrzy w ich łodygi z zielonymi włosy, z rękami, które się, jak u polipa rozłażą, z wargą, która całuje, chichocząc, z oczyma zakrytemi przez kudłate, obmierzłe rzęsy...
Judym błąkał się wśród przeczuć, jak topielec po dnie wody. Od chwili do chwili natężał ramiona, wstrząsał się i wypływał. Wtedy miał w oczach coś, jakby widmo Joasi, w głowie szelest jej sukien, a zapach jej ust na ustach. Chwile te trwały krócej niż słowo. Zdmuchiwała je świadomość, jak śmierć, za którą w te tropy szedł żal niestrudzony, jednaki, a wiekuiście nowy, płynął z serca, zaczepiał się o każdy widok znikającej przestrzeni, o każdą krzewinę, co zostawała gdzieś tam, bliżej Cisów, — i jak pracowity robotnik ukazywał coraz większą, coraz większą odległość.
Nadewszystko wszakże były dokuczliwemi pewne podrażnienia, ślepe rzuty nerwów. Niektóre obrazy,