Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


walizy. Odpiął prędko sprzączki pasów rzemiennych, otworzył wieko, umieścił co trzeba, we właściwej przegródce i począł ją co tchu zapinać. Gdy tego dokonał, zdało mu się na chwilę, że jest nie w tem miejscu...
Jest w przedpokoju ciotki. Spieszy się na lekcye, co żywo, co żywo! Musi się spieszyć, bo, po pierwsze, od tego zależy jego życie, po drugie, może dostać złe świadectwo, po trzecie, ciotka może zauważyć, że tu jest jeszcze, może się we drzwiach ukazać i z wściekłości kopnie go nogą w zęby, albo mu plunie w oczy.
Musi iść, musi iść...
Co prędzej, psie nikczemny!
Czemuż go coś w sercu tak niewysłowienie boli? Czemuż daleko gorzej, niż wtedy? Zawsze i wszędzie...
I jakby cień jego osoby, na małą, na niewymownie małą miareczkę czasu stanęło przy nim coś tak wiadome, coś blizkie, coś najbardziej blizkie, coś tak blizkie, jak trumna: samotność...
Zdawało się, że mówi niezrozumiałym językiem, od którego zimno przejmuje i włosy się jeżą na głowie:
— Nic, nic, ja poczekam.
Po chwili był już na bryczce. W drodze ku stacyi czuł w głębi siebie zewnętrzny spokój, który był nawet przyjemny i zaciekawiający, jak pierwsze napady gorączki, z których jakaś ciężka choroba wykwita. Nie myślał o sprawach cisowskich, nie żałował niczego. Czuł tylko nieprzezwyciężony wstręt do nowych, nasuwających się krajobrazów i formalną obawę stacyi, wagonu, podróżnych. Gdy jednak znalazł się w sali dworca kolejowego, wszedł między motłoch i zapomniał o tej przykrości. W przedziale klasy drugiej, do