Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


głych postanowień, o których w tej samej chwili miał dziwne wiedzenie, że zwiastują tylko obecność w duszy jakiejś nędznej choroby.
W pewnej chwili posłyszał szelest, który mu sprawił ból, jakby od ukłucia. W błękitnej tafli okna ukazała się postać kobieca. Judym bardziej po łzach, płynących do serca, niż siłą wzroku uczuł Joasię. Gdy stanął przy oknie i złożył jej głowę na swych piersiach, zaczęła coś mówić do niego, prędko i cicho...
Nie był w stanie tych słów pojąć, czuł tylko, że teraz dopiero ma w sobie swojego ducha. Z piersi jego wydarło się westchnienie:
— Już jutro...
— Jutro...
— Nie mogę być ani chwili, ani chwili.
— Po cóż to było, po co to było?
— Musiałem tak zrobić. To nie odemnie zależało. Teraz mszczą się na mnie moje własne usiłowania. Gdybym był człowiekiem spokojnym, gdybym się zgodził na wszystko... »Kto zmaga się ze światem, zginąć musi w czasie, by żyć w wieczności«.
Mówił to zdanie z rozkoszą, z pewnem szczególnem a przyjemnem samochwalstwem, z jakąś czułą dumą. Wtedy pierwszy raz pachnące, małe usta znalazły jego wargi i złożyły na nich cudowną pieszczotę.
— Dokąd pojedziesz? — pytała, wyrywając się z jego ramion.
— Czy ja wiem? Zapewne do Warszawy. Jeszcze o tem nie myślałem.
— A o czem?
— Zupełnie o czem innem.