Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— A ja jestem człowiek młody, który starcem w danej chwili żadną miarą być nie może.
— Mój łaskawy panie!
— Jestem lekarz! Uważam za rzecz ze stanowiskiem lekarza niezgodną to, co pan dyrektor pozwala czynić swemu totumfackiemu.
— Mój dobrodzieju! — mruknął groźnie Krzywosąd — rachujno się z łaski swojej ze słowami! Także! Totumfacki... Nec sutor ultra crepidam.
— No, no! dajno pokój z twoją tam łaciną... — krzyknął dyrektor. — Ja ci tu dam łacinę!
Zwracając się zaś po chwili do Judyma, mówił z cicha, ale dobitnie:
— Pańskie admonicye nie wywrą tutaj żadnego wpływu, ani na mnie, ani na nikogo.
— Wiem o tem dobrze. Ja...
— Jeżeli pan wiesz o tem dobrze, to nie rozumiem po co się mieszasz w nieswoje rzeczy. To do pana, kochany panie, wcale nie należy.
— Czy kwestye hygieny należą do pańskiego totumfackiego?
— Tu niema wcale ani kwestyi hygieny, ani tem mniej, niema totumfackiego. Co się panu wydaje? Gdzie Rzym, gdzie Krym? Higieny!
— Hygiena jest, ale dla ludzi bogatych. Chłopy i ich bydło niech piją muł z naszego stawu. Otóż ja panu dyrektorowi krótko powiem: przeciwko temu, co się tu robi, ja kategorycznie protestuję!
— A protestuj sobie, kochany panie, ile wlezie... Ile tylko wlezie! Krzywosąd, najmiesz mi na jutro dwa razy tyle robotników, co dziś.