Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nych deskach do rynny i rzucać w to drewniane łożysko strumienia. Woda, pędząca z wysoka, porywała szlam i niosła go w stronę morza bałtyckiego.
Był to figiel tak wyborny, że wszyscy zdumieni byli jego oryginalnością. Ciężkie wozy nie roznosiły po parku ciekącego szlamu, brudni ludzie nie łazili ścieżkami — i tylko sam staw cuchnął jeszcze ile się dało. Liczono jednak, że przy wzmożonem natężeniu pracy za dwa, trzy tygodnie dno stawu obniży się i wodę, można będzie wstrzymać.
Judym zatopiony po uszy w miłości nie wiedział o niczem. Gdy, idąc przez groblę do zakładu na obiad, zobaczył po raz pierwszy maszyneryę wodną, stanął oniemiały. Tak dalece nie rozumiał, co to ma znaczyć, że zapytał pierwszego z brzegu pracownika:
— Co to, chłopcy, robicie tutaj?
— A szlam na wodę puszczamy, proszę pana doktora.
— Na wodę szlam puszczacie?
— Juści.
— A przecież nad tą wodą stoją wasze wioski. Jakże ludzie będą bydło poili i korzystali z tej wody?
— A to nie nasze dzieło. Pan administrator kazał, my wywalamy i pokój.
— A... skoro pan administrator kazał, to wywalajcie i pokój!
— Tu już chłopy przylatywały z Siekierek, — rzekł któryś, — prawowały się z panem, z administratorem, że padają, w całej rzece woda zmulona, ale ich pan sklął i wygnał. Tyle wygrali.