Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/098

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


łatwienia »wizyty« i powrotu jeszcze przed zachodem słońca.
Ścieżka szła nad brzegiem rzeki, która u jednego krańca rozległej łąki, w dolinie między dwoma płaskowzgórzami wiła się wśród zarośli. Dróżka ta, kryjąca się w cieniu drzew, wyciśnięta na miękkim gruncie była tylko z wierzchu obeschnięta, a głąb jej uginała się jeszcze pod nogą. Naokół były trawy, wikle i rokity. Judym szedł prędko, z rękami w kieszeniach i oczyma spuszczonemi, nic prawie dokoła siebie nie widząc, gdy w tem, na zakręcie drogi zobaczył pannę Joannę. W pierwszej chwili był tak oszołomiony, że nawet się z nią nie przywitał. Szedł kilka kroków, myśląc o tem, czy ona czekała tu na niego, czy to może jest sen...
Nie zdziwiłby się wcale, gdyby znikła w powietrzu, jak mgła z nad łąki. Nie czuł także szczęścia. Spoglądał na jej twarz bladą, pomieszaną i obojętnie zauważył, że jej prosty nosek z tej strony widziany jest jakiś inny...
Po niejakiej chwili domyślił się wreszcie, że to jest jakby cud... Nie będzie czekał na nią w parku, nie będzie się spieszył do chorych, nie będzie skracał sobie godzin, pozostających do zmierzchu różnymi sposoby, bo ona tu jest z nim razem, sama jedna... Był w tem nawet pewien jakby zawód.
— Pani na spacer?... — rzekł, czując w tej samej chwili, kiedy mówił te wyrazy, że postępuje jak zupełny, ordynarny głupiec, bo przecie ta chwila, która mija, jest najważniejszą i będzie pamiętną w całem życiu. Ale zaraz po sekundzie tego przeświadczenia na-