Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/084

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


okrągłe, coraz bardziej szczerbiły się i biegły wyżej Judymowa widziała góry pierwszy raz w życiu. Ten widok tak niesłychany dla człowieka z nizin i z miasta był, jak gdyby dalszym ciągiem dnia minionego. W duszy jej te widoki i zdarzenia odbijały się, gdyby w wodzie, i tworzyły tam obraz zadziwiający. Patrzyła przez okno nie na góry, lecz na ten obraz w głębi siebie samej. Serce jej drżało i wzrok wewnętrzny wlepiał się w to cudne skupienie rzeczy.
— Co to jest ta ziemia? I czy to ziemia?
Kto są ci przepiękni ludzie, których ujrzała tam pod tem miastem bolesnem?
I czy to ludzie? Kto jej powiedział, żeby szła za nimi? I...?
Przed tem pytaniem serce jej mdlało i we łzach tonęło. Wtedy w niewysłowionem struchleniu pytała się głębin nocnych, łańcuchów górskich i tego świętego odbicia w samej sobie, odbicia w czemś czułem i wiotkiem, jak gdyby w morzu łez:
— Kto ich posłał?
Najwyższe szczyty były niby posrebrzone blaskiem księżyca. Ich ostre kły miały teraz łagodny ludzki wyraz. Zdawało się, że dumają, że zamyśliły się i patrzą kamiennemi oczyma w lazur bezchmurny, usiany gwiazdami. I jeszcze zdawało się, że tak samo, jak człowiek — nie mogą zobaczyć...
Kiedyniekiedy wzrok Judymowej spadał w otchłań, gdy pociąg leciał na skalnych gzemsach Arlberskiej drogi. Gdzieś w głębi, w przepaści, w niezmiernych szczelinach snuły się białe, zielonkawe piany wód Innu po sennych, ślizkich, czarnych głazach.