Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/070

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dzi. Wyjrzała oknem i ze zdziwieniem zaczęła dostrzegać okolicę. Krótka wiosenna noc miała się już rozwiać. Szary zakres dalekiej płaszczyzny majaczał przed oczyma, a widok ten ścisnął serce tak boleśnie, jakby je dławił.
— To już musi być obca ziemia... — pomyślała sobie Judymowa.
Wówczas z wielkim strachem i z jakiemś pokornem uszanowaniem rozejrzała się po obliczach ludzi, śpiących w wagonie.
Pociąg pędził. Okolica stawała się coraz ludniejszą. W szczerem polu czerwieniały fabryki. Wszędzie widać było domy, kościoły...
Był już dzień zupełny, gdy ukazała się wielka rzeka, szeregi czarnych, zadymionych murów.
Wkrótce pociąg stanął. Wszyscy wysiedli z wagonu, więc i Judymowa ruszyła się z miejsca. Dzieci były zaspane, znużone, blade, ona sama chwiała się na nogach. Gdy stanęła wśród szerokiego peronu, zbliżył się do niej jakiś człowiek biednie ubrany i przemówił po polsku:
— Zarazem was poznał.
Judymowa wpatrzyła się w rysy nieznajomego i przypomniała je sobie. Towarzysz zabrał jej rzeczy i kazał im iść ze sobą. Wyszli na miasto i długo maszerowali różnemi ulicami. Wiedeńczyk mówił dużo i chętnie. Był to dobry znajomy Wiktora. Zetknęli się znowu ze sobą tu, »we Widniu«. Tamten pisał do niego, żeby się zajął żoną, gdy będzie w oznaczonym dniu przejeżdżała. Wyprawi ją dalej.
Nie poszedł dziś do fabryki, bo chce festownie