Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


szości nad wszystkiem, co zostało w Warszawie, co teraz w brudach pracuje.
Ona jedzie w świat, w świat, w świat. Do Wiednia... Gdy kiedyś zjawi się w Warszawie, już nie pozwoli ciotce imponować sobie radami, dobremi na każdy wypadek. Co ciotka wie? Co ciotka może wiedzieć? Była ciotka, naprzykład, w takim chociażby Wiedniu? Widziała ciotka świat, Europę?
I dostrzega w sennem złudzeniu starą tuż obok siebie. Zbeczane ciotczysko siedzi na kuferku pod oknem. Gdzie to jest, w starem mieszkaniu na Ciepłej, czy gdzieindziej? Jakaś stancya na poddaszu, czy w suterynie... Kąty izby zalega mrok, wilgoć i smutek. Tylko na jeden policzek ciotki Pelagii i na jej chudą, zaciśniętą rękę pada z okna blade światło. Stara nic nie mówi i wiadomo, że się nie odezwie. Zaciekła się. Beczała swoim zwyczajem przez całą noc, a teraz już milczy i tylko patrzy z podełba zimnemi oczami. Czasem po jej wargach zamkniętych przewinie się blady, chory, krótki uśmiech. Ale żeby westchnęła... Żeby się choć przemówiła z człowiekiem... Wie ona wszystko — cho-cho... Nic się przed nią nie ukryje. We trzy miesiące po takim dniu wymieni co było wtedy a wtedy, o której godzinie jakie słowo, albo wejrzenie padło. Judymowa czuje jakiś głupi, nieznośny żal. Chciałaby zwrócić się do ciotki, chciałaby ją z wrzaskiem zapytać:
— I czegóż ciotka siedzi, u dyabła, jak Kopernik na słupie! O co ciotce chodzi? Skradli my co, czy my kogo spalili?
Ale nie to, nie to! Wcale nie to chciała do niej