Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/056

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


O ŚWICIE.

Bardzo rano doktór Judym wybrał się na rewizyę swoich zdechlaków we wsiach okolicznych. Miało to miejsce w pierwszych dniach kwietnia. Jeszcze łąki były mokre, role ciemne, na gościńcach kisły głębokie bajora. Powiększał je drobny, nieustanny deszczyk, siejący mgłę ruchomą, lecącą z głębi płynnych, wolnych westchnień wietrzyka. Można było, skacząc tu i owdzie przez rowy, czepiając się pleciaków, iść bez zamoczenia choćby i kilka wiorst drogi.
Doktór miał na sobie ciepłą kurtę, a na nogach grube buty z cholewami. Szedł, tonąc w srogich myślach i wygwizdując pewną znaną aryę z takiem fałszowaniem głównego motywu, jakie europejczykowi mogło ujść na sucho tylko w okolicach Cisów i to w szczerem polu. Droga ciągnęła się brzegiem lasu, po gruncie pagórkowatym i urwistym. To zapadała w wąwóz, to pięła się na wzgórza, to znowu, jak prosty szew odcinała pole rozesłane na placu, wykarczowanym w lesie. W nizinach o gruncie bardzo wilgotnym leżały już jasne murawy, budzące wspomnienie przecudownego rumieńca życia na obliczu człowieka, który był w ciężkiej chorobie śmierci blizki. W działkach