Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Trzeba przecie rozumieć, co i dlaczego. Skoro urodziła dzieci, to je musi nieść na sobie. Jak to zwierzę, jak to zwierzę. Wiadoma rzecz. Ojciec może odejść, a ona nie. Ona matka. To się nazywa tak — matka. Rozumie się, że on musi iść, jeszcze jak się to rozumie! Pod sercem leży to rozumienie, niby dziecko poczęte, jak rana leży otwarte, w którą się wieczny piasek sypie. We wnętrzu piersi leży zgoda na to odejście.
O kilkaset kroków przed pierwszymi domami mieściny Wiktor zatrzymał się i rzekł, jako trzeba się już pożegnać... Głos jego drgnął.
Po obudwu stronach twardej i szerokiej szosy, na którą weszli, czerniały rokiciny. Ciemno-brunatne, ślizkie, okrągłe pręty ich gałązek tłukły się o drewna mocnej baryery, pomalowanej czarną farbą. Był to okrutny, przejmujący głos. Wiatr ciął dołem, pod baryerami i zmiatał z drogi cienkie fałdy śniegowe, odsłaniając lód ciemny i grzebienie grudy, startej przez koła wozów.
— Wiktor! — jęknęła Judymowa, — nie rzucisz mię? Bój się ty Boga, Wiktor...
— Masz ci... teraz...
— Bo jakbyś mię puścił kantem!
— No i teraz pora na takie rzeczy... Kolej idzie! Trzeba przecie mieć rozum.
— Żebyś wiedział, że te dzieci, to przecie twoje... Wiktor, Wiktor... — łkała cichym, bojaźliwym, umierającym głosem.
— Ale napiszę, jak tylko pierwszą robotę dostanę. I pierwszy pieniądz to samo przyślę. Cóż ty myślisz...