Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Śniegi raptownie spłynęły i ziemia do gruntu odmarzła. Rzeka w parku wezbrała, zniosła sztuczną tamę nad pierwszym stawem i wystąpiła z jego brzegów. Judym stał nad tą zamuloną wodą, gdy waliła się głębokim nurtem i patrzał na potwierdzenie swych wywodów.
Było ciepło, jasno, po wiosennemu. Zadumany, nie dostrzegł, kiedy zbliżyli się do niego Krzywosąd i dyrektor.
— A co? — rzekł administrator, — coby teraz było, panie dyrektorze, gdyby tu nie było kanału. Którędy szłaby ta wszystka woda?
— Raczej zapytaj pan, gdzie się podziewają fury zgniłych liści z kanału. Idą w tej chwili do stawu, żeby wydzielać ze siebie »powietrze«, za które pan każesz płacić ludziom z daleka przyjeżdżającym.
— Znacie tę bajeczkę, — więc posłuchajcie... — śmiał się dyrektor, klepiąc Judyma po ramieniu.
— Piorunujemy w gazetach na publiczność, owczym pędem dążącą za granicę, do tak zwanych badów. Jakiż to bad zniósłby podobne rzeczy?
— Kochany panie...
— Nie, nie, ja się nie zapominam! Ani trochę! Ja mówię o samej rzeczy, kiedy panowie tego chcecie. Wpuśćmy tu Niemca i patrzmy, coby on zrobił. Co wpierw urządzi: wspaniały salon do tańca, czy szlamowanie stawu?
— No, chodźmy, Krzywosąd, chodźmy... — rzekł dyrektor, — mamy jeszcze niejedno na głowie...