Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/045

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


rzeki. Każdy z nich załatwiał w tej sprawie jakiś rachunek z Judymem. Dyrektor obliczał się z nim za szpital, Krzywosąd za swe uspokorzenia, Listwa za mącenie ciszy, która była jego rozkoszą życiową, plenipotent za projekty przeniesienia czworaków.
Przedewszystkiem jednak wszystkich czterech złościła jego młodość. Gdyby o tem, co projektował Judym, którykolwiek z nich mruknął przy kartach, zyskałby, nie licząc krótkich wyprysków starczego uporu, zgodę, rozumie się, z tem zastrzeżeniem, aby ten, kto ma piękne myśli, dokonał pracy. Skoro jednak wystąpił z tą samą kwestyą człowiek młody, starcy czuli się tak dotknięci w swej ambicyi, jakby ich sponiewierał. To też zamknęli się i postanowili bez umowy wzajemnej nie dać przewodzić takiemu »smykowi«. Osobliwie mocno uwziął się dyrektor.
Prócz młodości drażnił go w Judymie ten sam zawód lekarski. Nie zdając sobie z tego sprawy, stary medyk nie uznawał Judyma za równego sobie lekarza i kiedy ten przemawiał, albo uśmiechał się w imię »medycyny«, dyrektor siłą woli trzymał za zębami krótkie obelżywe nazwisko. Cóż mówić, gdy młody wydarł się z pod wpływu i samopas działał.
Niema takiego środka, któryby w imaginacyi dra Węglichowskiego nie przesuwał się i nie mamił go nadzieją rychłej i absolutnej satysfakcyi. Żaden jednak nie okazywał się dosyć i chwalebnie skutecznym. Usunąć entuzyastę dla jakiegoś powodu, który ustami plotki możnaby rozdąć do miary występku. Tuż jednak nasuwała się refleksya, że wówczas trzebaby samemu prowadzić szpital i to w taki sposób, jak to czynił tam-