Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Panowie, pozwolą, że ja raz jeszcze wrócę do sprawy z rzeką.
— Ależ prosimy, prosimy... — rzekł dr. Węglichowski.
Judym spojrzał na niego i zobaczył w tym wzroku błysk, który mógłby otruć człowieka.
Zaczął się tedy wykład ab ovo, dowodzenie szczegółowe o ruchu kropli wodnej i sile jej spadku z rzeki do stawu, o rodzaju mgły, zalegającej łąkę w sąsiedztwie wód...
— Basenu niszczyć nie możemy, — rzekł raptem Krzywosąd — gdyż na wiosnę w nim się utrzymuje nadmiar wody. Gdy przyjdą roztopy, wtedy pan doktór zobaczysz, co to jest. Jeśli podnieść dno rzeki, to woda z brzegów wystąpi i zaleje park...
— Łąkę, nie park, — rzekł Judym.
— Tak, łąkę, a na niej myśmy posadzili najpiękniejsze krzewy.
— To i cóż z tego? Cóż kogo mogą obchodzić pańskie krzewy?
— Jakto? — rzekł dr. Węglichowski. — Ja koledze pokażę, ile te krzewy kosztowały! Posadziliśmy tam tuje, jesiony, najpiękniejsze sosny Weimutha, nawet platany, nic już nie mówiąc o tych ślicznych zagajnikach grabowych...
— Panie dyrektorze, — co obchodzi chorego, który tu przyjeżdza po zdrowie, zagajnik, a nawet tuja? Tam jest błoto! Łąka nasiąknięta jest zgniłą wodą, która stoi w nieruchomym kanale. Ten kanał trzeba zaraz zniszczyć, a łąkę przerznąć kilkoma rowami. Osuszać, osuszać...