Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/039

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Dr. Węglichowski cmoknął ustami, później zaciągnął się mocno i, patrząc z za dymu na swego asystenta, rzekł:
— Widzisz, kochany panie Tomaszu, musimy postępować w myśl ustawy, która nie daje ci prawa uczestniczenia w naradach. Nie jesteś członkiem. Musimy się trzymać ustawy. Ten nasz brak poszanowania ustaw — to jest wada narodowa... Owo: co tam! prawo prawem, a przyjaźń przyjaźnią. Naszem hasłem...
— Panie dyrektorze...
— Przepraszam, że ci przerwę; naszem hasłem powinno być co innego... Dura lex sed lex...
— A... jeżeli ustawa zabrania... — szepnął Judym, — w takim razie...
Ta odmowa nie tyle zmartwiła go, ile jakoś zdegradowała. Judym wogóle łatwo ulegał złudzeniu, że w samej rzeczy nie ma prawa do mnóstwa przywilejów, które są udziałem innych ludzi. Obecną w nim była pamięć na rzeczy dawne, na pochodzenie i owo jak gdyby bezprawne wejście do życia stanów wyższych.
To też po rozmowie z dr. Węglichowskim doznał w głębi serca tego spodlenia dumy, tchórzostwa rozumnej woli. Odszedł do siebie, rzucił się na sofę i chciał zdławić uczucie nędznej pokory. W chwili, gdy biedził się z tem bezowocnem usiłowaniem, zastukał we drzwi jego numeru stary kąpielowy, pełniący zimą w domu dyrektora obowiązki lokaja, i wyraził przysłane »na gębę« zaproszenie pani dyrektorowej. Judym wiedział, że będą tam kontrolerowie, to też z umysłu wybadał starego Hipolita, kto właściwie to zaproszenie przysyła.