Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/033

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dał w zastępstwie starca księgi kancelaryjne, które tamten mazał w sposób niemożliwy, wglądał, jako ekspert w sprawy kuchni, ogrodu, folwarku, sadził drzewa, jeździł do miasta na sądy, budował, przerabiał, zajmował się wszelkiego rodzaju restauracyami mebli, spisywał kontrakty i t. d. Nietylko Krzywosądowi, ale wszystkim podobała się ta gorliwość. Chętnie wyręczano się doktorem, który imał się każdej pracy. Były to dla niego środki, które uświęcał daleki cel: osuszenie Cisów, skasowanie sadzawek, stawów, basenów i cały na tem tle szereg chytrze przemyślanych reform. Od czasu do czasu, nieznacznie, jak gdyby nigdy nic wysuwał łapę i badał sytuacyę, czy nie możnaby już ruszyć się w znanym kierunku... Ale za każdym razem musiał ją cofać i wracać do pospolitego wykonywania robót za Krzywosąda, za dyrektora...
Skoro tylko spostrzegano, że »młody« filozofuje, delikatnie usuwano go nawet od czynności, na które już zezwolono, jak małemu, obiecującemu chłopczykowi, gdy był grzeczny. Judym nie zrażał się niczem. Robił ciągle z myślą, że nauczy się z czasem tych Cisów tak na pamięć, że je od a do z ogarnie pracą swoją i tym trybem posiędzie.
Zwolna, w głębi ducha pierwotna chęć do pracy zamieniała się na zgubną pasyę. Cały zakład, park, okolica stawały się jego skrytą namiętnością, żyjącym, jak płód, wewnętrznym światem.
Jeżeli się zamyślił głęboko i chwytał na gorącym uczynku, o czem też myśli, to zawsze okazywało się, że coś knuje: nowe urządzenia, inne wanny, szpalery, ogrody dla dzieci, sale gimnastyczne, przytułki dla