Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/021

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Dzieci przyprowadzone stamtąd do Judyma były wyschnięte, zielone, z wargami tak sinemi, jakby je miały poczernione węglem, z oczyma, które nie patrzały. Peryodyczne ataki gorączki, ciągłe bóle głowy i owa jakby śmierć duszy w żywych jeszcze ciałach, zmusiły Judyma po długiem badaniu do smutnego rokowania, że ma się przed sobą ofiary malaryi. Wówczas wybrał się cichaczem na zwiedzanie miejscowości, leżących w dole. Przekonał się, że wiele rodzin było dotkniętych tą klęską.
Mieszkańcy wioski, autochtonowie, znosili ją, widać, łatwiej, ale ludność folwarczna, wędrowna, przybywająca z innych okolic padała ofiarą w bardzo wielkiej ilości. Judym brał do szpitala tylko dzieci bardzo chore, leczył je chininą i trzymał na słońcu w ogrodzie, zapędzając do różnych robót, a potrosze i do nauki. Ale nie mógł zabrać ani czwartej cząstki. Ci zaś, co »na górze«, w cieple doświadczyli poprawy, musieli wracać do swych mieszkań nad wodą.
Mieszkania owe, dawno wzniesione, były stosunkowo bardzo porządne, murowane z cegły, tak samo, jak owczarnie, stodoły, spichlerze i t d. Nie mogło być mowy o umieszczeniu tych rodzin w innem miejscu, gdyż to pociągnęłoby szalone koszta. Tam skoncentrowało się życie folwarku.
Kiedy pierwszy raz Judym zapytał mimochodem plenipotenta, czy nie dałoby się przenieść czworaków na miejsce bardziej suche, ten zaczął mu się przypatrywać z uwagą, a w taki sposób, jakby doktór ni z tego, ni z owego w towarzystwie osób starszych i godnych szacunku zatańczył kankana, albo wywrócił koziołka.