Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/014

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wszystkie te okoliczności stawały doktorowi na przeszkodzie w zajęciu się sprawami szpitalnemi. Były w nim tego lata jak gdyby dwa prądy ścigające się wzajem. Im bardziej jeden z nich pomykał naprzód i zabiegał drogę, tem mocniej natężały się siły drugiego. Doktór czuł w sobie ciągłą przeszkodę w staraniu około chorych i zwalczał ją zapomocą silnej pracy, ale skoro tylko zetknął się ze światem zabaw, ulegał mu z tem większą bezwładnością, im namiętniej pracował w szpitalu. Było mu wszakże z tem wszystkiem bardzo dobrze na świecie. Żył bez przerwy i nie miał wcale wyobrażenia, co to jest refleksya, nuda, zniechęcenie.
Szpital powstał właściwie dopiero przy nim. Budynek stał od lat kilku, dźwignięty przez »idealistę« Niewadzkiego, ale po jego śmierci traktowany był rozmaicie. W razie potrzeby administrator majątku składał w salkach szpitalnych buraki, rozsypane klepki kuf z gorzelni, zepsute części młocarni i t. d. Kiedyindziej lokaje, rządca, ekonom, kasyer i inni funkcyonaryusze pożyczali dla swych gości łóżek, a naczynia i utensylia rozkradziono ze słowiańską starannością. Nieraz leżała tam jakaś bezdomna położnica, nad którą ktoś się »wziął i zlitował« — jakiś parobek folwarczny chory na »kolki«, albo jakie dziecko z ospą...
Opiekę nad szpitalikiem sprawował dr. Węglichowski. Kłamałby, ktoby twierdził, że dyrektor zgadzał się na składanie w szpitalu kup żelastwa, owszem wyznać trzeba, że czasami śmiał się z tego do rozpuku, ale nie można również utrzymywać, żeby się zajmował chorymi. Gdy ktoś był bardzo kiepski, a złożono go