Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


»Rozbój« szczeknął raz, drugi...
Gdyśmy z Wackiem, z Henrysiem, jęcząc, przypadli, już Gązwy nie było, a on leżał zabity. Przednia łapa jeszcze drgnęła. W moich rękach ostygła.
Tuśmy dół wykopali i na grobie starego psiska posadziliśmy gałąź rokiciny.
To on jest. W tych prętach krew jego ciepła... Zbliżyłam się i dotknęłam go ręką. Cały w białą rosę nalistnicę, jak w albę obleczony. Może pniak czarnego drzewa wyda radosne szczekanie, może martwe liście się poruszą. Nic. Tylko zimne, milczące, rzęsiste krople spadły na moje ręce.
Przyszłam łąkami do źródła. Stara grusza pod urwiskiem i stok w głębi zupełnie te same zostały. Nawet głazy, po których się dochodzi...
Tak samo ze zdroju wyskakują kłęby i banie wodne, zakwitając na wierzchu, niby róże wieczne, latem i zimą żywe. Siadłam przy źródle i straciłam świat z oczu.
Ptaki śpiewały w gęstwinach, wśród których lśnią się strugi, płynące kilkoma łożyskami ze stoku. W pobliżu przecina je droga piaszczysta.
Nad źródliskiem czerwieniła się obfitość centuryi, którą zrywaliśmy w tem miejscu z mamą nieboszczką. Odwar tego ziela pomagał jej na ból głowy. Ściągnęłam rękę i machinalnie zerwałam kilka tylko kwiatów opornych, ale natychmiast, jakby kara za śmierć ich, przeszyła mię straszna świadomość. Uczułam w ustach smak goryczy centuryi i krople jej, płynące do serca.
Odeszłam stamtąd. Przedemną była grobla, prowadząca do dworu. Wszystko inne, inne... Nowe gaje