Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


napada mnie płacz. Gdy na lekcyi nie mogę beczeć, duszę ten płacz w sobie i dźwigam go z miejsca na miejsce.
W święto, gdy Guêpe wyjdzie i nikt mię nie widzi, całemi godzinami pozwalam sobie na tę niekosztowną rozrywkę.
20 Kwietnia. Szłam dziś z lekcyi niezwykłą drogą: Alejami Jerozolimskiemi. Było ciepło i jakoś bardzo widno w powietrzu. Daleko, za Wisłą ciągnęły się przed oczyma lasy niebieskie. I oto bez żadnej racyi serce zaczęło znowu trząść się i trwożyć we mnie, jak biedne, głupie dziecko. Uciekam od płaczu, bo jeśli tylko w dzień szlocham, w nocy nie śpię na pewno, a potem zaraz idą koleją straszne zmory, jedna za drugą. Och, widma nocne! Powinnam była wyrwać zaraz oczy z tej przestrzeni, ale nie mogłam. W żaden żywy sposób!
Pójdę już z tego miasta! Nie chcę! Wydrę się ze siebie samej, z moich myśli, postanowień, prac, obowiązków, ze wszystkiego!
Ziemio, nigdy przez człowieka niezasiewana!
Szczery, pusty, bezpłodny gruncie!
Wysokie, szumiące swobodnie drzewa leśne!
Tamtędy idzie w nasze strony kolej nadwiślańska. Nic nie zdoła oddać porywu radości, jaki się mieści w tym głupim pewniku. Gdyby tylko do czerwca przewlec duszę...
Tam ją obmyję w śnieżnych wodach mojej dziedziny.
13 Maja. Ciepły, jasny wieczór. Na kamieniach mojego podwórza ścielą się łudzące, srebrnoszare figury