Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


kiedy sądziłam, że jestem zdruzgotana ze szczętem. Dziś widzę, że tak nie jest.
Złamane jest tylko moje osobiste szczęście.
Chcę rozbudzić w sobie siłę życia, biczuję się wspomnieniem panny L., biorę się pazurami do robót ciężkich. Ale to wszystko, to wszystko...
Takie mam ciągle uczucie, jakby mi ktoś podpowiadał, co trzeba, uczył mię, jak trzeba, wysilał na to duszę swoją, a ja mu stale, z chłopska nie dowierzam. Często przybiega do mnie to ta, to owa znajoma i mówi o swych strapieniach. Wówczas mię to »mile zajmuje«, ale w sposób bardzo zbliżony do wzgardy. Myślę sobie, patrząc na łzy cudze, jak szczęśliwemi są ci, co takie tylko wylewają.
Ja milczę.
Znam jedno mądre słowo, o którem Wacek nic nie wiedział.
Słowo Hart sei!
Byłby mię zabił wzrokiem, gdybym mówiła, że życie trzeba kochać nadewszystko.
26 Marca. Często teraz wcale nie wiem, co jest dobre, a co złe. Zdaje się, że nic »złego« nie robię, ale też żadnej nie mam pewności, że takie sprawowanie ma jakąkolwiek wartość. Chwilami wydaje mi się, że »dobrym« uczynkiem byłoby właśnie wręcz coś innego. Rozumieć rozumiem wszystko tak samo, jak przedtem, tylko żadne już pewniki nie mogą mną władać.
27 Marca. Na cóż się zda cierpienie?
Czy można wierzyć, że taka męka jest zwyczajną ordynarną koniecznością? Czyją? Gdy długie dnie są