Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i przyjaciółki? Nie, — będę pisała w dalszym ciągu! Czuję do tego nałóg taki, jak np. mężczyźni do palenia tytoniu. Pod wpływem szyderstw frazesowicza S. przestałam pisać, a teraz niewymownie żałuję. Odmawiałam sobie przyjemności przez lat sześć — i dlaczego? Dlatego, że S. na ten temat dowcipkował? Mniejsza zresztą...
Ileż to zmian! Henryk w Zurychu, Wacława niema, Staszka już dawno w grobie... A u mnie? Ileż to zmian!
Jak dziś pamiętam tę noc ostatnią, gdy przyszedł telegram od pani W. W ciągu czterech godzin zdecydowałam się opuścić Kielce, jechać do Warszawy — i pojechałam. Telegram brzmiał (umiem na pamięć te słowa). »Miejsce u Predygierów jest. Przyjeżdzać niezwłocznie. W«.
Ach, ten dzień, ten popłoch! Zbieranie rzeczy, bielizny, drobiazgów, szybko, szybko, drżącemi rękoma wśród łez i wybuchów odwagi... Poczciwa pani Falikowska »użycza« mi pieniędzy na drogę — i wyjazd! Głęboka, ciemna, noc w jesieni... Jak to wówczas dorożka dudniła w pustych ulicach kieleckich, jakie dziwne wywoływała echa i wrzaski między ścianami starych kamienic! Sama jazda koleją była to już czynność co się zowie. Pod sekretem mówiąc, przecie to pierwszy raz jechałam wówczas »koleją żelazną«. Pierwszy raz — i prosto w świat! Nie zmrużyłam oka, tylko z głową wspartą o deski wagonu marzyłam bojaźliwie o życiu. Tyle akurat o niem wiedziałam, co człowiek idący do lekarza pod naciskiem nękających go, a zagadkowych cierpień. Jak on nic nie wie o istocie