Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


PRZYJDŹ.

Burza już przeszła... Zdawało się, że wszystko ucicha, gdy wtem zaczynały trzepać nowe bicze kropel ogromnych, ciężkich, sznurem idących na ziemię. Wzdłuż ścieżek wypukłych, rumianych od startej cegły, płynęła bez ustanku lśniąca woda. Po placach nieco głębszych stały jeziorka, pełne baniek szklistych, a wzdętych jakby przez usta swawolnych dzieci. W cieniu kasztanów chowały się zielone smugi, a w nich widać było pnie wywrócone. W górze, między ogromnemi kępami wierzchołków jaśniał wyimek nieba o tle pozłocistem, świecącem, niby owe niebiosa, które oglądać można w ołtarzach kościołów wiejskich. Po nim pędziły kłęby chmur pierzastych, rozwianych, cienkich, fioletowych tak prędko, jak dymy. Co chwila odzywał się jeszcze grom daleki, grom wiosenny...
Najbliżej stała akacya o pniu grubym i czarnym, a gałęziach jakby wykręconych z żelaza. Te potworne konary roztrącały zasłonę delikatnych, jasnych liści. Z cieniów starego muru biły w górę tysiączne gałązki młodych akacyi, które jeszcze krzewem być nie