Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


niec wypadły dwie amazonki, a obok nich dwaj jeźdźcy, i ostrym kłusem pędząc, zrównały się z Judymem. Konie ich były zmydlone, zbryzgane błotem i buchały parą. Pierwsza z amazonek jechała w szeregu z młodym człowiekiem, który siedział na ślicznym, gniadym koniu. Był pochylony na siodle w stronę swej damy i coś żywo mówił. Zaledwie obydwoje zwrócili swe twarze w stronę wędrowca... Ale dość było dla Judyma tego momentu, żeby poznać pannę Natalię. Ona raz jeszcze odwróciła głowę, ale tylko na sekundę, na jedną sekundę... Widziała go niewątpliwie, uśmiechnęła się, ale wnet skierowała oczy gdzieindziej, jakby nie miała chwili czasu do stracenia, jakby nie miała prawa zajmować się nawet rzeczą tak śmieszną, jak Judym w tej chwili.
On stał zmaltretowany. Słyszał szatański, parskający śmiech panny Wandy, która w drugim rzędzie z jakimś starszym towarzyszem jechała galopem, ale nie zwrócił na to uwagi. Wszystką pochłonęła tamta, przechylona w siodle ku lewej stronie, z mocą i wdziękiem, jak w krześle, osadzona, podająca się wraz ze skokiem rumaka, cudowna w każdym ruchu...
Stał tak długo w miejscu zgłupiały, śmieszny dla samego siebie i nieszczęśliwy nad wszelki wyraz. W rowie bełkotała woda zbrudzona iłem, jakby i ona śmiała się do rozpuku.
Jeszcze za dnia doktór był w miasteczku i wnet otoczony został przez chmary żydków, dziadów, włóczęgów, którzy go witali chichotem.
— Co to za miasto? — spytał pierwszego z brzegu.
— Miasto? Dlaczego miasto?