Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


chorzy, albo osoby, cieszące się względami gospodarza. Istnieje wreszcie t. zw. Salon z freskami, wyobrażającymi dzieje zbrodniarza Gamahu, zabójcy mme Bannerich. Zwykle jakiś nędznik objaśnia te tajemnicze bohomazy gościom zwiedzającym, albo im śpiewa w argot parisien, piosenki, które ukazują bezdenną nędzę rodu ludzkiego jak ta, naprzykład, zaczynająca się od słów:

»C’est de la prison que j’t’écris;
Mon pauv’ Polyte,
Hier je n’sais pas c’qui m’a pris,
A la visite;
C’est des maladi’s qui s’voient pas,
Quand ça s’déclare,
N’empêch’ qu’aujourd’hui j’suis dans l’tas,
A Saint-Lazare!...«

Kiedy do Château-Rouge wszedłem po raz pierwszy, miałem na głowie cylinder, więc uprzejmy właściciel pałacu wziął mię za Anglika, zwiedzającego osobliwości miasta i z lampą w ręce oprowadzał po swej instytucyi. Była to noc późna. Rozmowa nasza i światło budziły niektórych gości. Z pod muru podniosła się uliczna dziewczyna w łachmanach, z twarzą obrzękłą, spieczoną przez jakiś ogień wewnętrzny i przez kilka minut patrzała na mnie dużemi oczami. Ten wzrok był tak straszliwy, tak nieopisany, że, jeśli wolno użyć słów poety: »aż dotąd pali moją duszę...«
Tego rodzaju wyskok liryczny zdziwił słuchających. Poczytywano go za zwrot krasomówczy i puszczono płazem niefortunną przygrywkę na sentymentalnej fujarce. Judym tymczasem uczuł w sobie istotny »ogień«, który pali duszę. Opowiadał o dzielnicy cité