Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i wszystkie dróżki zalała powódź ludzka. Nie było już gdzie spacerować, więc całe towarzystwa sterczały na ulicach, albo poruszały się kilka kroków w prawo i w lewo. Tłum ten był jaskrawo ubrany. Kobiety miały na sobie modne barwy. Cały ich ogrom mienił się od ponsowych i jaskrawo-niebieskich staników, od fioletowych i czerwonych kapeluszów z ptasiemi skrzydłami, albo z kwiatami, które za każdym ruchem osoby kiwały się nad jej głową. Mężczyźni fason modnych ubrań doprowadzili do stanu wulgarności, przesady i absurdu. W pięknym parku było duszno. Zdawało się, że zwieszone liście więdną, że trawy obumierają i dobrotliwy zapach lewkonii kona, nie mogąc zwyciężyć ludzkiego zaduchu.
O zmierzchu Judym wyszedł z ogrodu w stronę Placu Teatralnego. Gdy zapalono latarnie, był na Bankowym. Jaskrawy blask rewerberu padł właśnie na chodnik, prowadzący w kierunku ulicy Elektoralnej. W świetle tem widać było fale ludzi, spływające bezustannie za ciemną sylwetkę Banku, jakby w szyję naczynia. Judym stanął. Te czarne masy głów i tułowiów, sunące prędko niby mrówki, zbudziły w nim uczucie fizycznej odrazy. Zdawało mu się, że spogląda na sunące ławy robactwa. Wmieszać się w motłoch, mieszkający tam, za tym placem, — przenigdy! Przenigdy!
Zawrócił na miejscu z mocnem postanowieniem zobaczenia się z bratem kiedyindziej, — i wszedł do wykwintnej restauracyi.
Nazajutrz wstał o godzinie piątej rano i poszedł do brata. Gdy wchodził w bramę, słońce oświetlało