Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/060

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nych norach na dole siedziały tam stare baby, w milczeniu segregujące liście tytoniowe. Zasypane tabaką, wychudłe, nędzne, siwe, potworne, z czerwonemi oczami były jak Parki, odprawiające tajemnicze misteryum swoje. Z głębi oczodołów tych istot spoglądały na Judyma, gdy czekając na bratowę, stał we drzwiach, źrenice o wyrazie tak srogim i pełnym zemsty, że zmuszony był ich unikać i odwrócił się plecami.
Skoro tylko uderzyła godzina obiadu, Judymowa pierwsza zbiegła ze schodów. Za nią wysypał się cały tłum kobiet. Bratowej doktora sprawiało to widać niemałą przyjemność, że mogła pochwalić się przed wszystkiemi swym szwagrem. Mówiła ciągle i głośno:
— Kiedyż brat przyjechał? Cóż u brata słychać? Był brat u nas, na Ciepłej?
Jej brudna, sterana twarz promieniała zadowoleniem i pychą. Wargi, rozchylające się od szczerego śmiechu, ukazywały rzadkie, zielone zęby. Oczy świeciły jak węgle. Wyszła w towarzystwie Judyma z bramy fabrycznej, i dążąc na obiad, z przyzwyczajenia, co tchu pędziła ulicą. Doktor jej nie wstrzymywał i sam biegł po bruku. Dopiero gdy byli przy bramie kamienicy na Ciepłej, Wiktorowa stanęła i uderzyła się ręką po fizyognomii:
— Jezus! czegóż ja lecę, jak oślica? Bratam przegnała tyli kawał.
— Nic, nic, będziemy mieli więcej czasu do rozmowy. Czy Wiktor będzie?
Twarz jej sposępniała.
— Gdzież ta! On je obiady u Wajsów, tam u jednych z fabryki. Mieszkają na Czerniakowskiej.