Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


bydlęcia. Judym zdziwiony nastawił ucha, a potem cicho spytał się dziewczyny, co to znaczy. Uśmiechnęła się filuternie i rzekła:
— To tam moja babka, waryatka.
— Waryatka? Trzymacie ją w domu?
— A w domu. Gdzież mamy trzymać?
Odsunął dziewczynę na bok i zajrzał do wnętrza. W kącie, pod piecem siedziało widmo człowiecze, za ręce i nogi przywiązane do haka wystającego z ziemi Siwe kudły nakrywały głowę i ramiona tej istoty, a jakieś stargane łachmany resztę ciała. Czasem z pod włosów ukazywały się straszliwe oczy, jak dwa błyskające, płomienne miecze, kiedy niekiedy usta ciskały ładunek okropnych wyrazów. Judym instynktownym ruchem cofnął się do sionki i zaczął wypytywać dziewczynę:
— Czemuż jej nie oddacie do szpitala?
— A ja wiem czemu! To dobre! Nie można oddać.
— Dlaczego nie można?
— Bo niema miejsca. A po drugie, skądże my weźmiemy pieniędzy na to, żeby za nią płacić.
— Czemuż ją tak przykuwacie?
— A ba! Czemu? Bo złapie siekierę, nóż, tasak i pozabija dzieci, ojca, mamunię. To taka szelma zła, że proszę siadać!
— Dawno już chora?
— Abo ona chora? Waryatka, nie chora. Żebym ja takie zdrowie miała, jak ta. Przyjdzie ją ojcu wiązać, to się tak utargają oboje, że no! Ojciec to samo nie ułamek, a ledwo tę psiakrew ujeździ...