Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Panna Joanna cofnęła się za ramię pani Niewadzkiej. Doktor ujrzał tylko jej białe czoło, otoczone ciemnymi włosami.
— Jak tam panna Netka beczała... Jak beczała!... — szepnęła Judymowi p. Wanda prawie do ucha. — Zresztą my wszystkie... Mnie samej leciały z oczu łzy takie ogromne, jak groch z kapustą.
— Ja nie mam zwyczaju... — uśmiechnęła się p. Natalia.
— Nie? — spytał doktór, leniwie mierząc ją wzrokiem.
— Bardzo mi żal było tego człowieka, szczególniej tych jego dzieci, żony... Wszystko to takie chude, jakby wystrugane z patyków, podobne do suchych witek chróstu na pastwisku... — mówiła, rumieniąc się, a jednocześnie z uśmiechem przymykając oczy.
— Ten »Rybak« zupełnie podobny jest do Pana Jezusa, ale to, jak dwie krople wody. Niech babcia powie...
— »Rybak?« a tak, podobny, istotnie... — mówiła stara pani, zajęta rozpatrywaniem krajobrazu.
Tramwaj wjechał w ulicę miasteczka Sèvres i zatrzymał się przed piętrowym domem. Podróżni z imperialu mogli zajrzeć wprost do numerów austeryi. Nie był to widok dla panien. Pijany żołnierz, w kepi na bakier, obejmował wpół wstrętną dziewczynę i para ta, wychyliwszy się z okna, robiła do jadących małpie miny. Na szczęście tramwaj puścił się w dalszą drogę. Ledwie wydostał się za ostatnie domy mieściny, na pustą i smutną przestrzeń w szczerem polu, ściemniło