Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/029

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


lazły tak wysoko, przed oczyma ich ukazała się ruchliwa toń Sekwany. Pędziła między granitowymi brzegi zdyszana, udręczona, jakby w ostatnim wysiłku robiła bokami. Nieczysta, zgęstniała, bura, prawie ciemna woda, w której chlupały parostatki, rycząc co chwila, sprawiała smutne wrażenie, jak niewolnica, której szczupłe ręce obracają ciężkie żarna.
— Jaka mała, jaka wązka... — mówiła panna Joanna.
— Phi... wygląda, jak wnuczka Wisły!
— Zupełna karykatura Izary... — rzekła p. Natalia.
— To prawda! Panno Netko, pamięta pani Izarkę, Izunię, naszą jasnozieloną, czystą, jak łza... — unosiła się panna Wanda.
— Ech, jak łza... — wtrącił Judym.
— Co, nie wierzy pan! Babciu, ten pan formalnie wyznał, że nie wierzy w czystość Izary.
— Rzeczywiście, jakaż to okropna woda! — mówiła wiekowa dama, usiłując zamazać coprędzej ostatnie słowa panny Wandy, które nie wiedzieć czemu, wywołały rumieniec, jak przelotny obłoczek, na twarz panny »Netki«.
W chwili, kiedy Judym zamierzał spełnić coś statystycznie uczonego o wodzie Sekwany, tramwaj beknął przeciągle i, wyciągając swe wagony na zwrotnicach, niby członki długiego cielska, posunął się wzdłuż brzegu czarnej rzeki. Gałęzie kasztanów z długimi liśćmi kołysały się tuż obok twarzy jadących. Sadza i ostre pyły miejskie wżarły się już w jasną zieloność miękkich powierzchni i obłóczyły je zwolna, jak gdyby w śniedź rudawą. Dzień był chmurny. Co