Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/025

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przerwie zajęcia, ale byłoby nam bardzo przyjemnie.
— Bynajmniej... Byłbym wielce szczęśliwy... Tak dawno... — bąkał Judym.
— Panie, o dziesiątej! — rzekła do niego panna Wanda z palcem wzniesionym do góry i wykonywując oczami cały szereg plastycznych znaków porozumienia.
Doktór już lubił tę dziewczynę zupełnie jak dobrego koleżkę, z którym można paplać bez miary o wszystkich rzeczach i niektórych innych. Trzy osoby starsze od panny Wandy zachowywały niezgrabne milczenie. Judym czuł, że wtargnął do towarzystwa tych pań. Rozumiał swą niższość społeczną i to, że jest w tej samej chwili szewskim synem, tudzież aspirantem do »towarzystwa«. Odróżniał w sobie te obydwie substancye i do krwi gryzł dolną wargę.
Po obejrzeniu medalionów Davida d’Angers, z których kilka wniosło do serc obecnych coś jak gdyby modlitwę, wycofano się z muzeum na dziedziniec, a stamtąd na ulicę.
Stara pani przywołała fiakra i oświadczyła swoim pannom, że jadą do sklepów. Judym pożegnał je z elegancyą, której w tym właśnie momencie pierwszy raz życiu zażywał — i oddalił się. Na piętrze omnibusu, dążącego w stronę Vincennes, wpadł w głębokie i misterne rozmyślania. Było to w jego życiu zdarzenie kapitalne, coś w rodzaju otrzymania patentu, albo fabrykacyi pierwszej samoistnej recepty. Nigdy jeszcze nie zbliżał się do takich kobiet. Mijał je tylko nieraz na ulicy, widywał czasem w powozach i marzył o nich z nieugaszoną tęsknotą, w skrytości ducha, do