Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/014

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


onej piany wód za sprawą Uranosa. A przecież nie była to Pandemos, nie była nawet żona Hefaistowa, ani kochanka Anchizesa, tylko jasny i dobry symbol życia, córka nieba i dnia...
Judym zatonął w myślach i nie zwracał uwagi na osoby, które się obok niego przesuwały. Było ich zresztą mało. Ocknął się dopiero wowczas, gdy usłyszał w sąsiedniej sali kilka zdań wyrzeczonych po polsku. Zwrócił głowę z żywą niechęcią w stronę tego dźwięku, pewny, że zbliża się ktoś »z kolonii«, ktoś, co siądzie przy nim i zabierze na własność minuty rozmyślania o pięknej Wenus. Zdziwił się mile, zobaczywszy osoby »pozaparyskie«. Było ich cztery. Na przedzie szły dwie panienki — podlotki, z których starsza mogła mieć lat siedmnaście, a druga była o jakie dwa lata młodsza. Za nimi ciężko toczyła się dama nie małej wagi, wiekowa, z siwymi włosami i dużą, a jeszcze piękną twarzą. Obok tej matrony szła panna dwudziestokilkoletnia, ciemna brunetka z niebieskiemi oczami, prześliczna i zgrabna. Wszystkie stanęły przed posągiem i w milczeniu go rozpatrywały. Słychać było ciężkie, przytłumione sapanie starej damy, szelest jedwabiu odzywający się za każdym ruchem podlotków i chrzęst kart Bädeckera, które przewracała starsza panna.
— Wszystko to pięknie moje serce — rzekła matrona do ostatniej — ale ja muszę usiąść. Ani kroku! Zresztą warto popatrzeć na tę imość. Tak... jest tu nawet ławeczka...
Judym wstał ze swego miejsca i wolno odszedł kilka kroków w bok, jak gdyby dla obejrzenia biustu z innej strony. Te panie spojrzały sobie w oczy z wy-