Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 02.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zabilibyście przenajświętszą czystość miłości! Ohydni rozpustnicy! Tylko Jaśniach...
— Dlaczegoś wówczas uciekła? Pocoś to zrobiła?
— Nie zrobiłam wówczas nic złego. Zaręczam panu hrabiemu. Gdybym wówczas została w Nicei, byłabym zrobiła daleko gorzej. Ach, puść mię już! Pójdę do domu.
Szczerbic oparł głowę na jej rękach. Czuła, jak drżenie tajemne po nim przebiega. To drżenie przejmowało ją wstrętem, ale zarazem budziło w niej samej dreszcz namiętny. Myślała z politowaniem, jaki on jest słaby. Czuła, że nic na ziemi nie będzie w stanie uciszyć w nim tego wstrząśnienia, tylko to jedno, gdyby mu się oddała. Patrzyła w zamyśleniu na jego śliczne włosy. Wola jej wahała się na prawo i na lewo. To chciało jej się odepchnąć tę głowę bezsilną, wstać i wyjść. To znowu podpływał impuls nieokreślony, żeby pieszczotliwie zapuściła palce w pachnące włosy. Dała się unieść ostatniemu. Szepnęła cicho:
— Siżyś...
Uśmiechnął się.
— Już pójdę.
— Wrócisz do swego domu?
— Tak.
— Cóż tam będziesz robiła?
— Tak sobie, jak zawsze. Będę rozkładała i składała smuteczki swego życia.
— To lepiej zostań u mnie jeszcze z godzinę. Będę ci grał Griega... Chcesz... »Wiosnę?«
— Nie. Już nie chcę muzyki. Twoja muzyka