Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 02.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kocham twoją zbrodnię. Gdy cię nie widzę, jakoś potwornie cieszę się i czatuję. Często postanawiam wyrwać cię ze siebie, zadać sobie harakiri ducha. Ale wówczas poczynasz, nie wiedząc o tem, nęcić mnie, wabić mię... o, jak ta cantilena...
Wydobył z klawiatury ów głos główny, przewodni, ów płomień wodzący marzeń... W pewnej chwili cisnął go w pustkę klawiszów i znowu mówił:
— Uciec przed tobą, to znaczyłoby uciec przed sobą. Więc jakże cię mam znienawidzić?...
— Znienawidziłbyś mię, gdybym tu została na noc.
— A ty nie kochasz, nie?
— Już mówiłam.
— I nigdy!
— Straszna jest władza grzechu. Dyabeł mię opatrzył błogosławieństwem, utulił, uciszył, tchnął we mnie ducha. Nigdy nie popełniaj takiego grzechu! Idę wśród świata pod cieniem szkarłatnych skrzydeł jego siły. Była taka jedna chwila w kościele, kiedy mię ten demon zgwałcił. Od wszystkiego uciekłam i ode mnie wszystko uciekło. Czuję się, jak samotny tułacz. Co tobie po mnie i co mnie po tobie? Chciałbyś odziedziczyć ten spadek po innym? Ty — po innym!
Szczerbic mówił w zadumie:
— Dlaczegóż nie zobaczyłem cię, gdy byłaś panną. Ach, gdybym cię zobaczył wówczas.
— Ty chciałbyś, — zachichotała z okrucieństwem, — ty... pierwszy chciałbyś mię posiadać, nieprawdaż?
Nagle zaskowyczał w obłąkaniu.
— Jeszcze go kochasz?