Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 02.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Szczerbic nie mógł grać dłużej. Głowa jego zwróciła się bezwładnie. Ręce przyczołgały się do rąk Ewy. Patrzał w nią rozszalałemi oczyma.
Nie odbierała mu rąk i nie mogła wydrzeć swego wzroku z jego oczu. Pod wpływem niespodzianego natchnienia zaczęła mówić cichaczem:
— Czy są takie grzechy ludzkiego życia, żeby już nigdy nie mogły być zmazane, zatarte, zgładzone? Czy są takie występki, których życie późniejsze już niczem, niczem zasłonić nie zdoła? Czy grzechy są niezniszczalne na wieki, czy one są same w sobie, czy są urojeniami naszej duszy? Czy natura ludzka nie może stać się powtóre czystą, znowu taką, jak przeźrocze dyamentu co do mocy i znowu tak żywą, tak śpiewającą, jak wody morza?
— Nie wiem, Ewuniu...
— Wszyscy nic nie wiemy.
— Ewuniu!... Czy mogę tak mówić?
— Możesz.
— A ty będziesz mówić do mnie, jak do brata?
— Dobrze! Ale jacy my ludzie, wszyscy jesteśmy strasznie biedni!...
— Ach jacy biedni! Każdy z nas, — to »mieszanina rośliny i upiora«, jak powiedział ten pyszałek, który sam, — żal się Boże!... Dlaczego byłaś dla mnie zawsze tak okrutna?
— Nie mogłam...
— Wszakże wiesz wszystko, czem ty dla mnie...
— Miewam nieznośne sny, częste widzenia w półdrzemaniu. Jestem tutaj, przypuśćmy, a widzę takie coś obce, nigdy nie spotykane, cudactwa, pejzaże, sceny...