Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 02.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


połomski nikczemnie cię zdradził... Słuchaj... ożenił się z inną...
— Przedewszystkiem — ja nie jestem wcale dla pana jakaś ty...
— Jesteś dla mnie! Nie będę mówił inaczej... No, w tej chwili... Powiedz, co mam zrobić, żebyś mię nie opuściła. Zażądaj czego tylko chcesz.
— Jestem wolna. Staraj się pan o moją rękę. Kto wie?
Szczerbic zachłysnął się.
— No — i jakże? — nastawała.
— Dobrze, dobrze, doskonale! Ale jedno pytanie...
— Tysiąc pytań!
— Czy mogłabyś pokochać mię tak, jak Niepołomskiego? Odpowiedz! Mówisz zawsze prawdę, więc odpowiedz!
— Tego nie wiem.
— Tak, nie możesz powiedzieć, że mię kochasz. Chciałabyś sprzedać mi się za najwyższą cenę. Dobrze, — ja kupuję. Ale oddaj mi swoją miłość. Przysięgnij, że o nim zapomnisz.
— Nie zapomnę o nim nigdy, nigdy, przenigdy! I niech pan już do mnie nie mówi, bo pójdę!... Jeżeli pan ma zamiar jeszcze o tem...
— Muszę o tem mówić! Nie zapomnę nigdy twoich oczu, gdy przyszedłem do owej nory żydowskiej... tam w mieście, gdzieś mieszkała. Twoje oczy wówczas! Oczy, patrzące z nieba. Oczy zabite. Taka miłość, jak twoja wtedy, gdym wspomniał o Niepołomskim.
— Niech pan już przestanie...
— Pomyśl, czy nie lepiej...