Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 02.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


już w lasku i widziała stawy, błyszczące w oddali. Miała zamiar wrócić raptownie i unieść ze sobą rozczarowanie, zamknąć je w ściśniętem sercu. Naprzekór wszystkiemu postanowiła wrócić do poprzedniej myśli o karym koniu. Widziała go przed oczyma wysiłkiem woli, czuła odór potu, gdy będzie pod nią rwał się i skakał.
Każę sobie zrobić perski munsztuk i będzie panowała nad tem zwierzęciem. Do wysokich bucików każę przyprawiać małe, ale nadzwyczaj rżnące ostrogi. Będzie się ogier miał zpyszna!
— Witam panią! — zabrzmiał tuż obok, z za ramienia, głos Szczerbica.
— Witam pana, — odrzekła chłodno.
Teraz nie uczynił na niej żadnego wrażenia. Byłaby nawet zdolna przysiądz, że jest nierada z jego »przyczepki«.
— Pani tu sama?
— Jak pan widzi. Spostrzegłam pana jadącego w powozie. Teraz zjawił się pan skądś z boku, czy z tyłu. Którędy pan?...
— Wyprawiłem te szanowne zwaliska, z któremi, jak pani widziała, jechałem.
— Ażeby nie spostrzegły, jak pan będzie lekkomyślnie rozmawiał... wprost na chodniku...
— Są to moje kuzyny. Pani się dziwi temu, że nie chciałbym, aby wiedziano o naszej znajomości. Byłoby to dla pani poniżające, gdybym musiał tłómaczyć... Bo przecie pani nie znają! Są pewne zwyczaje, których Przełamać...
— Rozumiem. Panie, czy pan nie wie przypadkiem,