Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 02.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wieje, zniknie. Bo te myśli są najtrudniejsze. Znikają, jak cudne sny.
— A to i panu zdarza się mieć takie myśli? — spytała, żeby tylko co powiedzieć.
— Drwi sobie pani ze mnie. A jednak tak jest, niestety! Czasem przeszywają mię te myśli nieznośne. Zwykle w takich razach nie mogę pisać.
— Dlaczego?
— Bo leżę, jak kłoda, albo jestem zabiły na duszy i wszystko mi jedno. Jest »taka« myśl, ale cóż z tego, że jest? Pocóż ona i na co komu się przyda? Niech przepada wraz ze mną!
Ewa zamilkła. Ponieważ nie patrzał na nią, więc poziewała w sekrecie. Po znacznym odstępie milczenia rzekła:
— Jeżeli pana osaczy kiedy owa niezwykłość myślenia, a nie zechce się panu pisać, proszę mi zwierzyć ustnie owe myśli. Niech je pan podyktuje. Piszę bez błędów ortograficznych.
— Che-che!
— Naprawdę — bez błędów! Takie myśli poety Jaśniacha-Bandosa mogą nawet mieć księgarską wartość.
— Powiedzą księgarze, że podrobione ad hoc przez socyałów, tembardziej, że autograf nie jego.
— Z treści poznają lwie pazury.
— Prędzej strzępy lwiego ogona. Ale niech tam! Jeszcze trochę rozjuszę dziennikarzy i wszelkiego rodzaju renciarstwo. Niech pani pisze.
— Ale w czem? Niema papieru.
— To też niech pani kupi zielony kajet na Place des Palmiers. Jest tam po lewej ręce taki sklep.